wtorek, 13 sierpnia 2013

~ 11 ~

~C.~
Wstałam tak szybko, jak jeszcze nigdy, zostawiając rozsypane książki na ziemi. Nathaniel spojrzał na mnie dziwnie, po chwili też wstał, z zakłopotaniem drapiąc się po głowie.
- Co się stało? - zapytał, wlepiając we mnie niebieskie oczy. Uspokoiłam się, zwolniłam oddech, i zaczęłam desperancko szukać wytłumaczenia dla mojego zachowania. "Wystraszyłam się twoich oczu" raczej nie wchodziło w grę.
- Nic. Wystraszyłam się...
- Czego? - zmarszczył brwi, widać było, że myśli.
- Nieważne, przepraszam, to było dziwne.
- Tylko trochę. - uśmiechnął się, po czym zaczął zbierać książki z podłogi. Uklęknęłam obok niego i też zabrałam się do roboty. Gdy sie przewróciłam pękł papier, w który zawinięto podręczniki i jego strzępki walały sie wszędzie dookoła, i je też trzeba było sprzątnąć. Siedzieliśmy więc na tej podłodze dobrych kilka minut, nic nie mówiąc. Zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle możliwe, że Nathaniel był tym, którego spotkałam w Kurshum. Jeżeli tak, to co tam robił? Gdy wszystko już zostało wysprzątane, Nathaniel podał mi zebrane podręczniki.
- Idę do swojej klasy. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. - dlaczego zabrzmiało to tak, jakby szedł na śmierć?
- To cześć. 
Ruszył w kierunku mojej klasy, więc poszłam za nim, rozmyślając. Po chwili obrócił się, i zapytał:
- Śledzisz mnie?
- Nie, moja klasa jest tutaj. - pokazałam wolną ręką zamknięte drzwi.
- Tutaj? - pokazał to samo miejsce ze zdziwieniem, pokiwałam głową. - To tez moja klasa.
Przez chwilę byłam zaskoczona, ale otrząsnęłam się dośc szybko. Podeszłam do niego i powiedziałam:
- Więc wchodzimy razem.
W środku nie pojawił się nikt nowy, tylko Noel nie rozmawiał już ze swoim kolegą, a tata z nauczycielką wrócili i teraz kontynuowali konwersację przy biurku. Nikt nie zauważył naszego przybycia.
- Gdzie siedzisz? - usłyszałam Nathaniela za sobą. Wskazałam palcem jedno z wolnych miejsc. On kiwnął glową i zaśmiał się. - Ja obok.
- Fajnie, przynajmniej będę kogoś znała.
I wtedy właśnie Noel podniósł wzrok. Utonęłam w jego pięknych niebieskich oczach, ale zdałam sobie sprawę, że nie patrzy wcale na mnie, ale na coś za mną. Wlepiał gniewne spojrzenie w Nathaniela. Zmarszczył brwi i przybrał lekko agresywną postawę, jego dłonie zacisnęły sie w pięści, ale nie zrobił nawet kroku. Ten drugi nie pozostawał mu dłużny. Gdyby wzrok mógł zabijać, oboje byliby już trupami. Chwilę stałam pomiedzy nimi dwoma, nie wiedząc, czy to przerwać, aż w końcu jak gdyby nigdy nic podeszłam do swojej ławki i schowałam książki, bo moje ręce już nie wytrzymywały ich ciężaru. Nathaniel i Noel stali wpatrzeni w siebie jeszcze pół minuty, po czym ten drugi szybkim krokiem podszedł do mnie, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Długo cię nie było. - zaśmiał się.
- Wywróciłam się. Rozsypałam książki. - wskazałam ręką na nieładną stertę w schowku. - Poza tym dziewczyny są zawsze dłużej w toalecie.
- Jedna z ich niewielu wad. - przypomniał naszą rozmowę w szpitalu.
- Racja - usiadłam. W tej chwili chciałam, by się odczepił, chciałam przemyśleć to, co stało się z nimi dwojga, gdy tu weszliśmy, kiedy nagle podszedł Nathaniel.
- Wy się znacie? - zapytał, nieco podejrzanie.
- Tak, poznaliśmy się jakiś czas temu. - Noel mówił to tak, jakby się chwalił.
- Ciekawe. - Nathaniel uśmiechnął sie lekko fałszywie. - Gdzie?
- W szpitalu, ja miałem astmę, a Claribel coś sie stało z ręką. A wy dwoje sie znacie?
- Poznaliśmy się przed chwilą, Claribel wpadła na mnie z książkami, pomogłęm jej je pozbierać. 
- Miło z twojej strony. - Noel założył ręce. - Chyba widziałem cię już wcześniej.
- Ja cię nie kojarzę. Chociaż ciężko cię zapomnieć. raczej sie... wyróżniasz
- Pozytywnie czy negatywnie? - Noel zapytał nonszalancko.
- Zależy od punktu widzenia.
Patrzyłam na ich rozmowę, nie wiedząc o co chodzi. Chociaż z pozoru wyglądało to jak zwykła pogawędka dwóch osób, które dopiero co się poznały, to ich uśmiechy były fałszywe, cali byli spieci, gotowi do ataku, a słowa, choć miłe brzmiały jak oszczerstwa, składające się w kłótnię o to, który z nich zna mnie lepiej. Nie wiedziałam, co jest grane. Znali sie już wcześniej? Musieli, nie mogli nienawdzić się tak od razu, nie mieli powodu. Ale dlaczego rozmawiali o mnie? I dlaczego wyglądali, jakby mieli swoją nienawiścią roznieść szkołę? Zaczęłam się bać, a oni nadal dyskutowali.
- A ty sie wyróżniasz. - powiedział Noel przez zęby. - Masz dziwnie niebieskie oczy. Nosisz szkła koloryzujące?
- Nie, to naturalne. Twoje też są takie, nosisz szkła? - Nathaniel niemal sie oburzył.
- Nie, one niszczą wzrok. Zobacz, wiele nas łączy. Nawet masz podobny kolor włosów. Ale ja się lepiej ubieram.
- Mamy mundurki, przyjacielu.
- No patrz, nawet ubieramy się tak samo.
- A jednak jesteśmy inni.
- Jednak. 
W tej chwili do sali weszło kilkanaście osób, które prędko pozajmowały miejsca w ławkach. Nasatał gwar, wszyscy rozmawiali przekrzykując pozostałych. Nathaniel i Noel także usiedli, i wtedy nauczycielka wszystkich uciszyła i zaczęła mówić o nadchodzącym roku szkolnym, ale ja jej nie słuchałam, tylko przenosiłam wzrok z jednych niebieskich oczu na drugie i próbowałam zrozumieć, co sie dzieje. Ale jak widać nie było mi to pisane.
Jeszcze nie wtedy, bynajmniej.

~N~
Rozmawiałem z nią. To było niesamowite. Znów była tak blisko, znów opiewała mnie swoim blaskiem. Ale on go zgasił. Najgorsze jest to, że ona najwyraźniej go polubiła. Ale jeżeli mu zaufa, on ją może skrzywdzić. Może do niego przystać, uwierzyć w jego kłamstwa, ale gdy dostanie pierwsze zadanie, zginie, bo ona nie będzie w wstanie krzywdzić innych. Prędzej sama się zabije. Jeżeli zdoła. 
Nie mogę do tego dopuścić. Musi mi zaufać pierwszemu. Musi mi mówić wszystko, prawdę i tylko prawdę. Wszystko nabrało tempa, nie mogę zwlekać, aż ona oswoi się z tym, kim naprawdę jest. Nie będzie miała dużo czasu na myślenie. To bedzie trudne, ale tak bedzie dla niej lepiej. 
Znałem tylko jedną skuteczną metodę, zawsze działającą na dziewczyny. 
Uwodzenie.
Jeżeli nie zmięknę, zdołam to zrobić. Będę z nią. Zwłaszcza, że moje uczucie do niej jest gorętsze od ognia. 
Tylko czy ona mi pozwoli?

------------------------

Teraz zacznie się zabawa :) Wątki romatyczne zawsze nabardziej mnie bawią, a zwłaszcza pisanie ich jest przyjemne.
Jak myślicie - Noel, czy Nathaniel? Którego wybierze, a który jest N.? Bo to wcale nie musi sie pokrywac.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

~ 10 ~

~C.~

Usłyszałam cichą muzykę. Wsłuchiwałam sie w nią, pozwalałam, by mnie usypiała, aż dotarło do mnie, że to budzik w mojej komórce. Zerwałam sie na nogi tak szybko, że aż mi sie zakreciło w głowie.
Zeszłam na dół, jeszcze nie do konca świadoma tego, co robię. Wyciągnęłam z lodówki jakiś jogurt, ale nie robiłam sobie dużych nadziei, ze się najem. To był bardziej odruch. Gdy już opróżniłam kubeczek(tak jak się spodziewałam, ssanie w żołądku nie ustało) poszłam na górę i wzięłam długi, orzeźwiający prysznic. Zadbałam o siebie jak nigdy - ogoliłam się, zrobiłam peeling, nasmarowałam się olejkiem. Spojrzałam za okno i pomyślałam, że jest piękny dzień. Zapowiadało sie na brak deszczu. 
Owinięta ręcznikiem poszłam do swojego pokoju i odsłoniłam rolety. Od powrotu ze szpitala dbałam o porządek i było mi z tym zaskakująco dobrze. Jednakże nie zmieniało faktu, że czułam się jak w hotelu. 
Dopiero gdy spojrzałam na wiszący na krześle mundurek zdałam sobie sprawę, jaki dziś jest dzień. Rozpoczęcie roku szkolnego. Miałam ochotę jęknąć. Nienawidziłam szkoły, bo zmuszano mnie do całodziennych rozmów, byłam narażona na nieustanne dreszcze, które znajdowały swoje źródło w zatłoczonych korytarzach i salach lekcyjnych. A teraz, gdy głowa bolała mnie praktycznie przez cały czas, miałam wrażenie, że wybuchnę od tego strasznego hałasu. 
Nagle mój dobry humor się ulotnił. Leniwie wciągnęłam na siebie rajstopy, potem spódniczkę, koszulę i marynarkę. Nawet nie spojrzałam na odbicie w lustrze bo wiedziałam, że wygladam okropnie. Jak w każdej spódniczce. Byłam sfrustrowana do tego stopnia, że na złość chciałam nie wiązać włosów, ale stwierdziłam, ze lepiej nie robić sobie złej reputacji w pierwszy dzień szkoły i szybko uplotłam koślawy warkocz.
Jednak gdy zeszłam na dół, mój humor jeszcze się pogorszył. Na ławce siedział tata, ubrany w elegancki garnitur. Nawet się nie przywitałam, tylko zaczęłam wciskać na siebie buty.
- Witaj, Claribel. - powiedział z uśmiechem. Wyczułam jednak, że sie stresował.
- Musisz jechać ze mną? - zapytałam, lekko zdenerwowana.
- Tak, muszę. - powiedział z naciskiem. - Wszyscy znamy twoją sytuację. Oni też powinni.
- Naprawdę sprawiam tak duże problemy? - zapytałam, zerkając na niego z gniewem. Tego dnia przeczuwałam, że stanie sie coś złego, a to wcale nie pomagało mi w kontrolowaniu swoich emocji. - Jestem problematycznym dzieckiem, tak?
- Claribel, myślałem, że rozumiesz... - westchnął. Nie odpuści, nie teraz.
- Nieważne. Jedziemy. - wstałam i ruszyłam w stronę garażu.
Moja nowa szkoła znajdowała się na krańcu Londynu, ponad 25 kilometrów od naszego domu. Wiedziałam to. Oglądałam jej położenie na mapie. Widziałam zdjęcia. Jednak gdy samochód wjechał na wysypaną piaskiem drogę pełną olbrzymich dziur, byłam zdziwiona, że to aż takie odludzie. Okolica była oczywiście piękna - dookoła rósł gęsty, wiekowy las, raz w tle mignęło mi jezioro, błyszczące niczym szkło. Droga była otulona baldachimem z gałęzi. Krople rosy na liściach błyszczały niczym diamenciki. 
Po ponad pięciu minutach szalonej jazdy po wertepach przejechaliśmy przez piękną, metalową bramę. Po jej obu stronach stały ogromne posągi przedstawiające dzieci trzymające w rękach książki. Wyglądały na ponad sto lat. Na zdobionej tablicy obok widniał napis: Berrabey School. Czyli to tutaj, pomyślałam.
Samochód wtoczył się na ogromny plac wykładany brukiem. Dookoła kotłowały się inne pojazdy, szukające miejsca do zaparkowania. Jednak nie one przyciągnęły moją uwagę, lecz ogromny budynek za nimi.
Szkoła była gigantyczna. Miała siedem pięter, na każdym po kilkadziesiąt okien. Była zbudowana w kształt litery 'U'. Sciany zostały wyłożone czerwoną cegłą, gdzieniegdzie znajdowały się wysokie witraże. Dach był dość stromy, a na dwóch końcach budynku wystrzelały w niebo wysokie wieże. Do głównego wejścia prowadziły ogromne schody na planie półkola, a na ich szczycie znajdowały się wysokie na kilka metrów wrota z drewna, ozdobionego złotymi elemementami.
Samochód się zatrzymał na jednym z niewielu pozostałych jeszcze miejsc. Nie czekając na tatę wysiadłam i ruszyłam w stronę szkoły. On jednak szybko mnie dogonił. Szliśmy przez pełen ludzi plac, a ja miałam okazję przyjrzeć się osobom, z którymi teraz będę chodzić do szkoły. Wszyscy byli obrzydliwie bogaci - nie można było tego poznac po nich, lecz raczej po towarzyszących im rodzicach, ubranych w ciuchy ekskluzywnych marek, jeżdżących samochodami droższymi niż domy i wymachującymi na prawo i lewo telefonami i tabletami. Jednak tego się spodziewałam, bo to prywatna szkoła. Rzuciło mi się w oczy jeszcze jedno. Ci ludzie nie wyglądali na dobrze ułożone, grzeczne dzieci, ale na trudną młodzież. Co chwila obok mnie przechodził ktoś z tatuażem, kolczykiem na twarzy, z kolczatką na szyi. Gdzie indziej widziałam dziewczyny wymalowane tak mocno, że makijaż przysłaniał im całą twarz i wyglądały bardziej jak lalki niż jak żyjące istoty. Zdarzały się i osoby, które oczy miały wlepione w telefony lub przenośne konsole, i nie interesował ich świat dookoła. Oczywiście zdarzały się i normalne osoby, ale było ich zaledwie kilka, co nieco mnie zasmuciło.
Zatrzymaliśmy się przy ogromnych wrotach prowadzących do środka, ponieważ siedząca tam pani, zapewne woźna, sprawdzała kim jesteśmy i wpisywała nas na listę. Gdy tata z nią rozmawiał, ja podziwiałam rzeżbione w drewnie postacie. Wyglądały jak anioły lub elfy, ubrane w długie do ziemi szaty, siedzące wśród drzew. Obok nich siedziała dziewczynka, a właściwie klęczała. Lecz nie patrzyła na nie lecz na coś, co było jeszcze bardziej z prawej strony. Dwa nagrobki, na których siedziały kobiety. Patrzyły centralnie na nią, a na ich twarzach pojawił się wyraz troski i współczucia. I nagle zrozumiałam na co patrzę.
Cmentarz. Wszystko było dokładnie tak, jak tamtej nocy. Osoby na nagrobkach musiały być duchami. A anioły? Nie wiem. No i ja, klęcząca i błagająca o pomoc niezyjącą rodzinę.
Niemożliwe, pomyślałam, to tylko przypadek.
- Claribel, idziemy. - tata wyrwał mnie z zamyślenia. Czym prędzej odeszłam od tej przeklętej płaskorzeźby.
Weszliśmy do ogromnego holu. Było tutaj nieco mnie ludzi niż na zewnątrz. Miał bardzo wysokie sklepienie, niczym w kościele. Ściany były podzielone na kilkanaście części, a w każdej znajdował się inny obraz. Pod nimi stały rzędy krzeseł wyłożonych czerwonymi poduszkami. Przed nami znajdowały się schody, w połowie rozdzielające się i prowadzące w dwie różne strony. Po prawej i lewej stronie widziałam kilka drzwi, ale zamkniętych.
Weszliśmy po schodach, bo tak wskazywały rozstawione tu i ówdzie strzałki. Znaleźliśmy się na długim korytarzu. Było tutaj bardzo dużo drzwi, a na każdych wisiala tabliczka, dokąd prowadzą. Poszliśmy w prawo i weszliśmy do pierwszego pomieszczenia po prawej stronie. Wydawano tam podręczniki. Przedstawiliśmy się i kobiety siedzące za ladą pospiesznie odszukały odpowiednią paczuszkę i wydały nam ją, po czym powiedziały nam, gdzie mamy się udać. Zgodnie z ich poleceniami wyszliśmy z pokoju i ruszyliśmy w lewo, do samego końca, po czym skręciliśmy w prawo i weszliśmy przez drzwi z tabliczką przedstawiającą numer mojej klasy.
Pomieszczenie, do którego weszliśmy było całkiem duże, ale nie różniło się zbytnio od zwykłej klasy. Na jednej ścianie wisiała tablica, pod nią stało biurko z komputerem. Po prawej stronie znajdował się rząd okien, na przeciwko ogromna szafa, z tyłu klasy - metalowe szafki. Ławki były pojedyncze, ale ustawione w pary, na każdej widniała tabliczka z imieniem i nazwiskiem. Można było je otworzyć i włożyć do środka np. ksiązki.
Dopiero po chwili skupiłam się na osobach będących w środku. Zajęte były trzy ławki - jedna przez dziewczynę, dwie przez chłopców zajętych teraz rozmową. Z tyłu, obok szafek stało kilku rodziców, ale i oni byli zajęci swoimi sprawami. Przy biurku siedziała kobieta, prawdopodbnie moja wychowawczyni i to do niej podeszliśmy na poczatku. Przywitała nas szorstko i wskazała mi moje miejsce, po czym wyszła z klasy, by porozmawiać z tatą na jego prośbę.
Obróciłam się w stronę klasy i wtedy przeżyłam szok, bo zobaczyłam osobę, która zajmowała miejsce za mną. Ciemne włosy, oliwkowa cera i... niebieskie oczy.
Noel.
Nagle on także podniósł wzrok i spotkaliśmy się. Oddech mi przyspieszył. To się nie dzieje, pomyślałam. Nie mogę z nim rozmawiać. Nie teraz, nie po tym, co się stało w Kurshum. Chciałam ucieć, ale nogi przylgnęły mi do ziemi. Utonęłam w jego pięknych oczach, i stałam jak zahipnotyzowana, gdy wstał i z uśmiechem na twarzy podszedł do mnie.
- Claribel, to ty? - zaśmiał się.
- Tak. - rozluźniłam się i uśmiechnęłam się, modląc się, by nie poznał, że fałszywie. - Jak się czujesz?
- Już lepiej, a ty? - rozbrajał mnie, chciał bym poczuła się bezpieczniej, ale nie mogłam. Każdy mięsień we mnie przygotowywał się do biegu, jeżeli wykona jeden podejrzany ruch...
- Wszystko dobrze. Już nie mam zamiaru tam wrócić.
- Nikt nie ma. Ciekawy zbieg okoliczności, spotykamy się w jednej klasie. Jesteś tutaj nowa?
- Tak, tata przeniósł mnie na ostatni rok. - uciekaj, uciekaj.
- Ja też, ale przenoszę się tutaj z powodu przeproawdzki.
- Dlaczego akurat ta szkoła?
- Ponoć ma dobry poziom.
- Też to słyszałam. - nagle przyszła mi do głowy głupia, ale jedyna wymówka. - Muszę wyjść do toalety, wracam za pięć minut, dobra?
- Jasne, spoko.
Nienaturalnie szybkim krokiem się oddaliłam, nie odkładając nawet książek. Kątem oka widziałam, jak mnie obserwuje. Rozluźniłam się, gdy zamknęły się za mną drzwi. Ruszyłam w stronę łazienki, którą widziałam po drodze do klasy. Przyspieszyłam do biegu. Myślami byłam gdzieś indziej.
Znalazłam się na zakręcie i nagle poczułam ból w czaszce i dreszcze spowodowane dotykiem jednocześnie. Zderzyłam się z kimś. To był chłopak, w nozdrza uderzył mi zapach jego perfum. Desperancko próbowałam się od niego oderwać, ale wyglądało na to, że się zaplątaliśmy.
- Spokojnie, spokojnie. - powiedział, chichocząc. Miał niski, kojący głos. Delikatnie chwycił moją rękę, potem nogę i odsunął mnie od siebie.
- Przepraszam. - złapałam się za głowę, która teraz zaczęła nieco boleć. - Biegłam.
- Nic nie szkodzi, powiniem był bardziej uważać. - zaśmiał się, a ja wraz z nim. - Nathaniel. - wyciągnął rękę w moją stronę.
- Claribel. - uścisnęłam jego dłoń i spojrzałam na jego twarz. Zamarłam.
Patrzyłam na piękne, niebieskie oczy.

----------------------

Dzisiaj trochę długo, ale to za moją długą nieobecność. Przepraszam, ale wyjazd trwał aż trzy tygodnie, potem miałam zajęcia, a na weekend wyjechałam znowu, nie miałam czasu pisać. Ale teraz będzie codziennie po jednym poście. Obiecuję! I jak wam się podoba dziesiątka? To już całkiem okrągła liczba :)

piątek, 12 lipca 2013

~ 9 ~

~C.~
Nie mogłam uwierzyć w to, co umysł mi podpowiadał. Znałam tylko jedną osobę, która miała tak niesamowity kolor oczu.
Noel.
Czy to była prawda? Czy to naprawdę był on? Wydał mi się nieco inny niż wszyscy, wtedy, w szpitalu, tajemniczy, interesujący. A w Kurshum nie znalazł się przypadkowo. 
Wyszłam przez klapę w ślad za niebieskookim. Nie chciałam go gonić, nie miałam na to siły i brakowało mi motywacji psychicznej, ale też nie chciałam wiedzieć, kim był. Jeżeli jest mi dane to wiedzieć - pomyślałam - to wkrótce się to okaże. Wyszłam z parku i ruszyłam dalej, w stronę obrzeży Londynu. Słońce zaczynało się powoli chować za horyzontem.  Ludzie kierowali się do swoich domów, ale ja nie. Idąc patrzyłam na wszystkie strony, czy gdzieś nie czai się para pięknych, niebieskich oczu, ale ich nie znalazłam.
W miarę jak posuwałam się dalej, wokół mnie pojawiało się coraz mniej domów, ulice nie były tak zatłoczone, ludzie znikali niczym duchy. Tam wlaśnie, tak blisko krańców Londynu, mieściło się miejsce, do którego zmierzałam.
Dotarłam do celu. Zatrzymałam się, oparłam dłonie na kolanach i wzięłam kilka głębokich oddechów. Mój organizm, mimo zmęczenia tak długą wędrówką, szybko odzyskał siły. Podniosłam się. Spojrzałam do góry na smutny, zdobiony metalowymi liśćmi napis "Cmentarz Governouce". Po jego obu stronach rosły wiekowe dęby, a ich gałęzie uginały się tak, jakby chciały zaraz pożreć starą tabliczkę. Potrząsnęłam głową, by odrzucić od siebie ponure myśli i skierowałam się długą aleją w głąb tego ciemnego miejsca.
Cmentarz Governouce był bardzo stary, a na każdym kroku miało się wrażenie, że miała tu miejsce jakaś straszna rzeź. Większość grobów była totalnie zniszczona, nagrobki przełamane lub skruszone, zarośnięte mchami i otoczone gęstymi zaroślami. Droga też nie była w najlepszym stanie.
Zbiegłam ze wzgórza prosto na spróchniały most. Pode mną płynęła spokojnie wąska rzeka, otoczona wysokimi trzcinami. Po jej drugiej stronie było nieco mniej mrocznie. Kapliczka, choć stara, była w dobrym stanie. Czerwona cegła połyskiwała w blasku zachodzącego słońca, a w oknach mieniły się kolorowe witraże. Dróżka usypana ze żwiru wiodła przez brzozowy lasek. Nie było tam żadnych nagrobków, poza dwoma: Anny i Isabelli Heatings.
Byłam tu po raz pierwszy od pogrzebu babci. Zawsze sie bałam spojrzeć na tych, których utraciłam. Bałam się tej świadomości, że one już nie wrócą, straciłam je na zawsze. Zatrzymałam się, z uczuciem, że nie mogę podejść bliżej niż na te kilka metrów. Patrzyłam na znajome podobizny z nagrobkowych płyt. Wydawały się być tak blisko, ale jednoczesnie tak daleko. Wzięłąm głęboki wdech. Zrobiłam kilka kroków i uklęknęłam, trzymając dłonie na zimnym marmurze.
- Mamo, co mam robić? - zapytałam, jakby powietrze miało mi podać upragnioną odpowiedź. Mój świat wirował, a ja nie miałam z kim porozmawiać, nie znałam nikogo, kto by kiedykolwiek przechodził przez to samo. Rana na ręce, która mi nie szkodzi, dziwny głod, który nigdy nie ustaje, uczucie, że mój dom nie jest już moim własnym, tajemniczy niebieskooki, którym może się okazać jeden z najsympatyczniejszych chłopaków, jakich kiedykolwiek poznałam i jego naszyjnik. I tata...
Czułam, jak łza spływa mi po policzku. Co się ze mną stało? Zawsze byłam nieczuła, niewrażliwa, potrafiłam  poradzić sobie z każdym problemem niemal bez żadnych uczuć.
Łza skpnęła na ziemię. Za nią kolejna. I następna. I znowu to samo. Spojrzałam na babcię, ale miałam wrażenie, że płacze ze mną, mama też. Po chwili zaczął padać deszcz.
Płakałam na tyle długo, że przemokłam do suchej nitki. Słońce zaszło, a potem znów pojawiło się na niebie. Deszcz ustał. Usłyszałam cichy szmer rzeki. Podniosłam głowę i zobaczyłam piękne czerwone róże, rosnące na ogromnym krzewie. Podeszłam do nich i zerwałam tyle, ile mogłam. Krew wypływała z ran po kolcach, ale nie zwracałam na to uwagi. Ułożyłam dwa bukiety i położyłam je na nagrobkach, zdobiąc trawą i innymi roślinami. Poczułam się lepiej, pewniej. I miałam nowe postanowienie, któego nie mogłam anulować. Nigdy.
Musiałam dowiedzieć się, co sie naprawdę ze mną dzieje.
- Dziękuję... - szepnęłam w stronę nagrobków i posłałam całusa w stronę mojej zmarłęj rodziny. Zawróciłam  i ruszyłam w stronę domu.

~N.~

Nie było jej tam. Zniknęła.
Przeraziłem się. Jeżeli ją starciłem, nigdy sobie tego nie wybaczę. Miałem ochotę wstać i wybić szybę w jej domu. Zaczęłem gorączkowo myśleć.
Siedziałem w krzakach obo furtki całą noc, myśląc o tym, co się stanie, jeśli nie wróci. Ale wróciła. Ociekająca wodą w świetle poranka wyglądała niczym syrena. Włosy przybrały lekko rudawy oddcień, policzki sie zaróżowiły, oczy błyaszczały, jakby zabrały blask gwiazdom. Lekkim truchtem przebiegłą oddcinek od furtki do drzwi wejściowych i straciłem ją z oczu. Ale wiedziałem jedno:
Muszę ją poznać.
Wstałem i poczułem, że telefon w mojej kieszeni wibruje.
- I co? - to znowu Quentin. W nocy dzwoniłem do niego z dziesieć razy, by pomógł mi jej szukać. Ja nie mogłem, nie na ziemi. Nie miałem nawet normalnego lokalizatora.
- Wróciła. - odetchnąłem z ulgą, gdy powiedziałem to na głos.
- Masz szczęście. Wysłałem ci mudurek kujonku.
- Jak mogę ci podziękować?
- Jak będzie po wszytkim postawisz mi drinka. Lecę. Mam nie tylko twoje sprawy na głowie.
- Do zobaczenia.
Rozłączyłem się i ruszyłem w stronę swojego mieszkania.
Rozpoczęcie roku już za tydzień.

-------------------------

W 10 będzie już kolejny N. I szkoła :) Trochę głupio pisać o tym w wakacje, ale cóż.
Ten jest trochę nudny, ale trzeba jakoś budować wasze napiecie :)

piątek, 5 lipca 2013

Przerwa

Jak już pisałam wcześniej - wyjeżdżam na trzytygodniowy obóz harcerski i nie będę tam miała możliwości pisania. Jednak znalazłam osobę, która przez ten czas będzie udostępniać posty w moim imieniu. Pojawią się dwa lub trzy wpisy(zależy, czy dzisiaj uda mi się napisac kolejny, czy nie), jeden w tygodniu. Musiałam pisać posty w przód i dlatego w tym tygodniu się nie pojawiały.
Obiecuję nadrobić zaraz po powrocie, bo mam dużo czasu do następnego wyjazdu.
Dziękuję anonimowej osobie za wysiłek publikowania wpisów w moim imieniu! I<3you!!!

poniedziałek, 1 lipca 2013

~ 8 ~

~C.~
Odetchnęłam z ulgą, gdy stanęłam na białym ganku. W domu, nareszcie. Przeszłam prze próg i wtedy wszystko się zmieniło. Brak tego przyjemnego uczucia, że jest się w znajomym miejscu, zaskoczył mnie i zasmucił, zgasił radość. Poczułam się, jakbym jedynie kogoś odwiedzała. zatrzymywała się gdzieś przejazdem. Rozejrzałam się po oświetlonym letnim słońcem parterze, ale nie zauważyłam niczego, co mogłoby wywołać to dziwne uczucie. Żadnych nowości, zmian, bałąganu. Nawet zapach był ten sam, niczym w salonie kosmetycznym(Patricia używała zdecydowanie za dużo różnych preparatów). Wysprzątane do perfekcji wnętrze wyglądało znajomo, ale patrzyłam na nie inaczej. Zapytałam tatę, czy coś zmieniał, ale on tylko dziwnie się na mnie spojrzał i zaprzeczył. Wysnułam jeden wniosek: coś jest ze mną nie tak, jak powinno.
Wbiegłam po schodach i spojrzałam na swój zagracony pokój. Przestał mi się podobać, zanim jeszcze do niego weszłam. Ciemna, brudna, duszna izba zdziwaczałej nastolatki. Odsłoniłam okno, ale światło ukazało jedynie więcej szczegółów. Otworzyłam je i wpuściłam do środka nieco świeżego powietrza. Po raz pierwszy od ponad pół roku złożyłam kanapę i zobaczyłam kłęby kurzu, które się pod nią kryły. Jęknęłam. Przyniosłam odkurzacz i szybko się zorientowałam aię, że nic nie wskóram, dopóki wszystkie rzeczy nie znikną z podłogi. 
Sprzątanie zajęło mi pół dnia, a i nie zrobiłam wszystkiego. Za każdym razem, gdy w jednym miejscu robiłam porządek, odkrywałam bałagan gdzieś indziej i wpadłam w jakiś trans. W końcu przyszedł tata i powiedział, że mam się natychmiast położyć, bo lekarze kazali mi się nie przemęczać. Ale ja nie chciałam odpoczynku. Miałam wrażenie, że to wszystko mnie przerasta i zaraz się popłaczę, gdy w mojej głowie zabłysnęło światło. Zeszłam na dół i wzroku unikając tay i Patricii ubrałam buty, po czym wybiegłam z domu mając ze sobą jedynie telefon.
Było jedno takie miejsce, tylko moje. Miejsce wypełnione sekretami jak powietrzem, przesiąknięte moimi łzami. Będące moim przyjacielem od czasu rozwodu rodziców. Miejsce, które miało w sobie coś niepowtarzalnego, mistycznego, tajemniczego. Kurshum, czyli kula. 
Przebiegłam wiele ulic, by w końcu znaleźć się w Dulwich Park. Nie zwolniłam, aż moim oczom ukazało się skupisko krzewów leszczyny. Upewniłam się, czy nikt nie patrzy i weszłam prosto w gałęzie, nie zważając na  drewno rysujące zadrapania na moich rękach. W końcu ujrzałam spróchniały pień drzewa i rzuciłam krótkie spojrzenie w dół. Tak, zardzewiała rączka od metalowej klapy nadal tam była. 
Kurshum było czymś w rodzaju schronu, w kształcie idealnej kuli. Były tam ślady po gwoździach i odciski jakby po sprzęcie elektronicznym przyczepionym do ścian. W kilku miejscach znajdowały się małe otowrki, przez które było widać kilka miejsc w całym mieście, jakby ekrany z uktytych kamer. Była tam też lampka z nietypowym, dotykowym włącznikiem i regulacją intensywności światła. Wielokrotnie szukałam informacji, ale ich nie było, lub ktoś usilne chciał je zataić. Nigdy nikogo tam nie spotkałam, nieważne o jakiej porze tam przychodziłam - czy w dzień, kiedy w całym parku było pełno dzieci i palących nastolatków, czy w nocy, gdy na każdym kroku można było spotkać narkomanów i pijaków. Jednak tamtego dnia było inaczej.
Otworzyłam klapę, co było dla mojego zmęczonego ciała ogromnym wysiłkiem. Wskoczyłam do środka i zamarłam. Poczułam pod sobą czyjeś ciało, ktoś wydał cichy okrzyk i natychmiast mnie z siebie zrzucił. 
- Puść! - powiedziałam, gdy nieznajomy chwycił mnie za rękę. Po sile nacisku wywynioskowałam, że to mężczyzna. Jednak on złapał mnie za głowę i zasłonił usta. Zaczęłam się miotać, wymachiwać wolną ręką na wszystkie strony. Kurshum nie było duże, co chwila obijałam się o ściany. Nagle usłyszałąm obrzydliwe chrupnięcie i zorientowałam się, że to jegi nos. Odsunęłam się jak najdalej i patrzyłam, jak po jego twarzy cieknie krew. Czekałam, aż podniesie wzrok i zobaczę jego twarz, ale nie zdążyłam. Spojrzał na mnie, poczym odwrócił się z nadludzką prędkością. Zerwał się jak przestraszone zwierzę i zobaczyłam tylko ciemną czuprynę znikającą w ścianie światła. 
Przez chwilę słyszałam tylko swój nierówny oddech i przyspieszone bicie serca. Jednak po chwili otrząsnęłam się i opadłam na ręce. Kim on był? I dlaczego go tu spotkałam? Nikogo wcześniej nie było, Kurshum miało znakomitą kryjówkę. On musiał coś wiedzieć. Musiał być poniformowany, znać przeznaczenie tego miejsca i jego dokładne położenie. 
Zmieniłam pozycję i poczułam coś między palcami. Chwyciłam to i zbadałam wzrokiem. Był to łańcuszek o nietypowej niebieskiej barwie. Wisiała na nim zwieszka, w tym samym kolorze, ale ciężko było mi opisać jej wygląd. Koło, a w nim wzory, linie odchodzące w różnych kierunkach. Tylko to mi po nim zostało. Ale było jeszcze coś. Dotarło to do mnie dopiero po chwili.
Wspomnienie nienaturalnie niebieskich oczu.

~N.~
To była ona. Nie mam żadnych wątpliwości. 
Przebiegłem chyba z pół miasta, zanim stanąłem pewien, że mnie nie śledzi. Odruchowo dotknąłem szyi i zamarłem. Nie było na niej łańcuszka. Nawet  nie chciałem myśleć o tym, co się stanie, gdy go znajdzie. A także, gdy mnie rozpozna.
Nie mogłem uwierzyć, że chciałem ją skrzywdzić. Nie była jeszcze tak silna, jak ja, mogłem wyrządzić jej krzywdę, a tego bym sobie nie wybaczył. Musiałem sprawdzić, czy wszystko z nią dobrze. 
Ruszyłem w kierunku jej domu. 

-------------------------

Znowu post pojawia się późno, ale w wakacje cały czas mam coś do roboty. Muszę was uprzedzić, że w sobotę wyjeżdżam na trzy tygodnie i nie wiem, czy uda mi sie załatwić, by ktoś udostępnił napisany wcześniej przeze mnie post, dlatego czeka was przerwa! 
A jak się podoba rozdział?

niedziela, 30 czerwca 2013

~ 7 ~

~C.~
Będąc w szpitalu liczyłam każdą miniutę, która pozostała mi do wyjścia. Wtedy uważałam ten okres za  najgorszy w moim życiu. Rano wstawałam i jadłam ohydne śniadanie, nie dające uczucia sytości. Potem albo leżałam w łóżku cały dzień, patrząc się albo na igłę w mojej ręce i powstrzymując odruch wyciągnięcia z ciała tego paskudztwa, albo bezmyślnie wypatrując czegoś ciekawego w białym suficie. Przez pierwszy dzień dużo rozmawiałam z Noelem, ale on bardzo szybko stamtąd wyszedł. Zazdrościłam mu do tego stopnia, że nawet się nie pożegnałam. Miałam wrażenie, że będę tego żałować do końca życia, bo wydał mi się niezywkle sympatyczny, chociaż zadawał zbyt dużo pytań, a dawał za mało odpowiedzi.
Skończyłam wzystkie książki, które ze sobą wzięłam już drugiego dnia, a potem nie miałam ochoty czytać ich jeszcze raz, a byłam zbyt dumna, by prosić tatę o przywiezienie mi z domu więcej. Z nudów próbowałam nawiązać kontakt z kobietami dzielącymi ze mną pokój, ale zazwyczaj tylko zerkały na mnie spode łba i wracały do swoich lektur. Czasem wpadał do mnie tata lub Patricia, ale po zmywali się po kilku minutach, bo nie byłam raczej skora do rozmowy. Raz przyszła spanikowana Grace, którs sprawiła, że śmiałam się choć przez kilka minut. Bardzo się o mnie martwiła, ale wyprowadzono ją stamtąd gdy tylko zwymiotowała na widok krwi. 
Doktor Craven zabierał mnie na różne badania przynajmniej dwa razy dziennie, ale nic go nie zmartwiło, co radowało mnie niezmiernie. Mina mi nieco zrzedła, gdy ostateniego dnia, gdy tata już po mnie przykechałWedług niego miałam a organizmie taką ilość substancji odżywczych, że powinnam co chwilę mdleć. Jednak tak nie było, ale nie zastanawiałam się nad tym.
Wydaje się, że caly czas się czymś zajmowałam, ale w rzeczywistości między jakąkolwiek aktywnością miałam po kilka godzin przerwy, które zazwyczaj przesypiałam. Podczas tego pobytu wiele rzeczy się zmieniło. Przede wszystkim byłam bardziej zmęczona, ale to mógł być wpływ leków, albo tego głodu, który sprawiał, że w nocy skręcałam się z bólu. Miałam wrażenie, że mój wzrok sie pogorszył, a zwłaszcza w świetle słońca, którego ogólnie zaczęłam unikać. W uchu często słyszałam dziwne szumy, ale o żadnej z tych rzeczy nie powiedziałam ani lekarzom, ani pielęgniarkom, ani nawet tacie bo bałam się, że zatrzymają mnie w szpitalu jeszcze dłużej, a nie miałam na to najmniejszej ochoty.

Po raz kolejny pchnęłam obrotowe drzwi i stanęłam na świeżym powietrzu. Miałam wrażenie, że jestem wolna, jakbym po latach wyszłą z jakiegoś więzienia. Nawet obecność taty nie psuła mi nastroju. Rozkoszowałam się promieniami słońca, mimo reakcji moich oczu, i kroplami deszczu splywającymi po mojej twarzy. W przypływie euforii zerwałam z ręki bandaż i odsłoniłam ranę. Wygladała dokładnie tak samo, ale patrzyłam na nią inaczej, z nieskrywaną radością. 
Rozejrzałam się dookoła i przez chwilę zatrzymałam wzrok na postaci stojącej przy ekskluzywnym, czerwonym porsche. Miałam wrażenie, że widzę znajome niebieskie oczy, ale po chwili mężczyzna wsiadł do auta i straciłam go z oczu.
- Claribel, przemokniesz! - spojrzałam na tatę, wymachującego rękoma przy samochodzie. Podeszłam do niego i, ociekająca wodą, wpakowałam się na tylne siedzenie. 

~N.~

Patrzyłem, jak wychodzi ze szpitala. Wydawała się być szczęśliwa. I wolna. Tak bardzo chciałem się poczuć jak ona, znowu normalnie. Ale wiedziałem, że nigdy więcej tak nie będzie, nie dopóki będę przy niej. Ona wszystko zmieniła. 
Dopiero po chwili zorientowałem się, że zatrzymała na mnie wzrok i czym prędzej wsiadłem do auta, by nie zdołała mnie rozpoznać. Jeszcze nie na to czas. 
W kieszeni zabrzęczał mi telefon. To był Quentin. Odebrałem.
- Masz coś? - zapytałem, pomijając wszystkie zbędne szczegóły. 
- Wątpiłeś w moje możliwości? - usłuszałem jego śmiech i odetchnąłem z ulgą. - Od września będzie uczęszczać do Berrabey School. 
- Zapisz mnie tam. Do tej samej klasy. Wiem, że potrafisz. 
- Już się robi.
Rozłączyłem się i patrzyłem, jak jej samochód znika za zakrętem.

-------------------------

Może trochę nudno, ale jeszcze się rozkręca. Zabawa zacznie się, jak pojawi się kolejny kandydat na N. A co myślicie o Noelu? 

czwartek, 27 czerwca 2013

~ 6 ~

~C.~
Poczułam zmianę jeszcze zanim otworzyłam oczy. Zamrugałam kilka razy, by nieco się rozbudzić. Podniosłam się delikatnie. Ból w ręce zniknął, zapewne za sprawą leków. Byłam spokojniejsza, a to też było olbrzymią zmianą w porównaniu z wczorajszym dniem. 
Znajdowałam się w dużej sali, oświetlonej promieniami słońca. W nozdrza uderzył mi intensywny zapach chemikaliów i krwi. Panowała tam bardzo napięta atmosfera. Po mojej lewej stronie stały trzy łóżka, a w nich kobiety, zagłebione każda w swojej własnej książce. Wszystkie były ode mnie przynajmniej pięć lat starsze, i wydawały się być krytycznie nastawione do świata. Spojrzałam w prawo i się zdziwiłam. Leżał tam chłopak, mniej więcej w moim wieku. Patrzył się w sufit. Miałam dziwne wrażenie, że już go widziałam. Miał oliwkową skórę, ciemne włosy i nienaturalnie niebieskie oczy. Spod kołdry wystawała umięsniona ręka, podpięta aktualnie do kroplówki. Wtedy zdałam sobie sprawę, że i w moich nadgarstku tkwi igła, ale nie zareagowałam. Byłam już spokojniejsza.
Do tego chłopaka chyba dotarło, że się na niego gapię, bo obrócił się w moją stronę i z uśmiechem na twarzy powiedział:
- Hej. 
Przez chwilę nie potrafiłam wydusić z siebie ani słowa, ale potrząsnęłam lekko głową i odpowiedziałam:
- Przepraszam... Hej. 
- Jestem Noel. - odruchowo chciał podać mi rękę, ale powstrzymała go igła i tylko się zaśmiał. - A ty?
- Claribel. 
Patrzyliśmy się na siebie przez chwilę i myślałam, że na tym skończyła się nasza konwersacja. Byłabym zadowolona, gdyby to okazało się prawdą, bo widniałam na szarym końcu w jakichkolwiek kontaktach z nieznajomymi, ale Noel wydawał się być mną zafascynowany.
- Dlaczego tu jesteś? - zapytał, unosząc się do pozycji siedzącej.
- Sama nie wiem. - powiedziałam, zwieszając głowę. - Coś dziwnego pojawiło się na mojej ręce, tata spanikował... I już. 
- Hmm... Mogę zobaczyć? - pochylił się nieco w moja stronę. 
- Bandaż. - uśmiechnęłam się, ale jego zachowanie zaczęło mnie niepokoić. - A ty? Co cię tu sprowadza?
- Atak astmy. - zwiesił głowę. - Bywa.
- Och. - trochę mnie zawstydził, nie lubiłam rozmawiać o czyiś chorobach, bo robiło mi się ich żal. - Ile masz..
Chciałam zadać pytanie, ale w tym momencie do pomieszczenia wszedł doktor. Był dość stary, miał może około pięćdziesięciu lat. Siwa czupryna przykrywała cała głowę, tylko w kilku miejscach widać było ciemne włoski. Na oczach miał ogromne okulary, a w ręce trzymał plik kartek.
- Claribel Heatings? - zawołał, a wszystkie kobiety zerknęły na niego przez chwilę, by zaraz wrócić do swoich lektur. Nieśmiało podniosłam rękę. On podszedł do mnie, zasłonił mnie z obu stron sztywnymi kontarami i usiadł na taborecie stojącym obok.
- Dzień dobry. Nazywam się Joseph Craven. Jestem twoim lekarzem. - podał mi rękę, a ja uścisnęłam ją wolną dłonią. Uśmiechnął się. Zdobył moje zaufanie. - Zdaje się, że spotkaliśmy sie wczoraj w tym całym zamieszaniu. 
- Czy jest ze mną bardzo źle? - zapytałam zniecierpliwiona. 
- No cóż... Rana na twojej ręce wygląda strasznie. - skrzywił się lekko, ale potem znów pojawił się na jego twarzy wesoły wyraz. - Jednak wcale nie jest to aż takie poważne. Wczoraj, zaraz po tym, jak zasnełaś, wykonaliśmy dziesiątki badań, by przekonac się, że jesteś całkowicie zdrowa. To... coś na ręce nie wywołało żadnych zmian w ogranizmie. Dla pewności chcieliśmy spróbować to wyciąć, ale wniknęło na tyle głeboko, że ryzyko uszkodzenia mięśni i waznych naczyń krwionośnych jest zbyt duże. 
- Ile tu zostanę? - zapytałam. Jego wywód uspokoił mnie i zaniepokoił jednocześnie, bo nadal nie miałam pojęcia, dlaczego ta rana pojawiła się na mojej ręce.
- Pięć dni. - odpowiedział szybko. - Lub dłużej, jeśli coś się zmieni.
Zaczął wertować kartki i myślałam, że o mnie zapomniał, ale po chwili znów podniósł wzrok i zapytał niezwykle poważnym tonem:
- Kochana, jak dużo jesz? 
To pytanie całkowicie mnie zaskoczyło, ale postanowiłam na nie odpowiedzieć. Przypomniał mi sie poprzedni poranek i ten straszny głód... który właśnie w tamtej chwili wrócił ze zdwojoną siłą. Ledwo udało mi się opanować zgięcie w pół z bólu, bo bałam się, że doktor Craven zechce mnie zatrzymać tu na dłużej, gdy zobaczy, co się dzieje.
- Całkiem dużo. - odpowiedziałam w miarę normalnie, zaciskając zębt.
- Tak też odpowiedzieli twoi rodzice. - doktor pokiwał głową.
- Rodzic. - poprawiłam go. Nie chciałam, by ktokolwiek uważał Patricię za moją matkę.
- Jak wolisz. - spojrzał na mnie dziwnie, po czym kotynuował myśl. - Jednak kilka badań dało takie wyniki, jakbyś nie jadła przez tydzień. Jest to jedyna rzecz, która nas niepokoi, ale chyba czujesz się dobrze, prawda?
- Tak. - pokiwałam głową w desperacji. Chciałam, by już zamknął temat, zanim się wyda, co czuję.
- W takim razie termin wypuszczenia cię nie zostanie zmieniony, jedynie zlecimy ci częste badania. - zebrał kartki i podniósł się. - Do zobaczenia wieczorem, przyjdę, by obejrzeć rękę.
Pokiwałam głową, a on szybko odsunął zasłony i wyszedł.
Spojrzałam na Noela, ale on nawet mnie nie zauważył, tylko wydawał się być zafascynowany. Nie wiem dlaczego miałam wrażenie, że podsłuchał całą rozmowę. Tylko dlaczego?

~N.~

Nie odkryli tego. Wiedziałem to na pewno. Gdyby tak było nie puściliby jej tak szybko. Czyli na razie była bezpieczna. Mimo wszystko postanowiłem być przy niej, gdy będzie przezto przechodzić. Nawet jeżeli nie mogłem jej w jakikolwiek sposób pomóc, dopóki mi nie zaufa. 
Wybrałem w telefonie numer Quentina. Już wiedziałem, co muszę zrobić.

--------------------------

Jak się podoba rozdział 6? Zaczynam się rozkręcać. Tylko nie myślcie, że sprawa N. będzie taka prosta :)