piątek, 12 lipca 2013

~ 9 ~

~C.~
Nie mogłam uwierzyć w to, co umysł mi podpowiadał. Znałam tylko jedną osobę, która miała tak niesamowity kolor oczu.
Noel.
Czy to była prawda? Czy to naprawdę był on? Wydał mi się nieco inny niż wszyscy, wtedy, w szpitalu, tajemniczy, interesujący. A w Kurshum nie znalazł się przypadkowo. 
Wyszłam przez klapę w ślad za niebieskookim. Nie chciałam go gonić, nie miałam na to siły i brakowało mi motywacji psychicznej, ale też nie chciałam wiedzieć, kim był. Jeżeli jest mi dane to wiedzieć - pomyślałam - to wkrótce się to okaże. Wyszłam z parku i ruszyłam dalej, w stronę obrzeży Londynu. Słońce zaczynało się powoli chować za horyzontem.  Ludzie kierowali się do swoich domów, ale ja nie. Idąc patrzyłam na wszystkie strony, czy gdzieś nie czai się para pięknych, niebieskich oczu, ale ich nie znalazłam.
W miarę jak posuwałam się dalej, wokół mnie pojawiało się coraz mniej domów, ulice nie były tak zatłoczone, ludzie znikali niczym duchy. Tam wlaśnie, tak blisko krańców Londynu, mieściło się miejsce, do którego zmierzałam.
Dotarłam do celu. Zatrzymałam się, oparłam dłonie na kolanach i wzięłam kilka głębokich oddechów. Mój organizm, mimo zmęczenia tak długą wędrówką, szybko odzyskał siły. Podniosłam się. Spojrzałam do góry na smutny, zdobiony metalowymi liśćmi napis "Cmentarz Governouce". Po jego obu stronach rosły wiekowe dęby, a ich gałęzie uginały się tak, jakby chciały zaraz pożreć starą tabliczkę. Potrząsnęłam głową, by odrzucić od siebie ponure myśli i skierowałam się długą aleją w głąb tego ciemnego miejsca.
Cmentarz Governouce był bardzo stary, a na każdym kroku miało się wrażenie, że miała tu miejsce jakaś straszna rzeź. Większość grobów była totalnie zniszczona, nagrobki przełamane lub skruszone, zarośnięte mchami i otoczone gęstymi zaroślami. Droga też nie była w najlepszym stanie.
Zbiegłam ze wzgórza prosto na spróchniały most. Pode mną płynęła spokojnie wąska rzeka, otoczona wysokimi trzcinami. Po jej drugiej stronie było nieco mniej mrocznie. Kapliczka, choć stara, była w dobrym stanie. Czerwona cegła połyskiwała w blasku zachodzącego słońca, a w oknach mieniły się kolorowe witraże. Dróżka usypana ze żwiru wiodła przez brzozowy lasek. Nie było tam żadnych nagrobków, poza dwoma: Anny i Isabelli Heatings.
Byłam tu po raz pierwszy od pogrzebu babci. Zawsze sie bałam spojrzeć na tych, których utraciłam. Bałam się tej świadomości, że one już nie wrócą, straciłam je na zawsze. Zatrzymałam się, z uczuciem, że nie mogę podejść bliżej niż na te kilka metrów. Patrzyłam na znajome podobizny z nagrobkowych płyt. Wydawały się być tak blisko, ale jednoczesnie tak daleko. Wzięłąm głęboki wdech. Zrobiłam kilka kroków i uklęknęłam, trzymając dłonie na zimnym marmurze.
- Mamo, co mam robić? - zapytałam, jakby powietrze miało mi podać upragnioną odpowiedź. Mój świat wirował, a ja nie miałam z kim porozmawiać, nie znałam nikogo, kto by kiedykolwiek przechodził przez to samo. Rana na ręce, która mi nie szkodzi, dziwny głod, który nigdy nie ustaje, uczucie, że mój dom nie jest już moim własnym, tajemniczy niebieskooki, którym może się okazać jeden z najsympatyczniejszych chłopaków, jakich kiedykolwiek poznałam i jego naszyjnik. I tata...
Czułam, jak łza spływa mi po policzku. Co się ze mną stało? Zawsze byłam nieczuła, niewrażliwa, potrafiłam  poradzić sobie z każdym problemem niemal bez żadnych uczuć.
Łza skpnęła na ziemię. Za nią kolejna. I następna. I znowu to samo. Spojrzałam na babcię, ale miałam wrażenie, że płacze ze mną, mama też. Po chwili zaczął padać deszcz.
Płakałam na tyle długo, że przemokłam do suchej nitki. Słońce zaszło, a potem znów pojawiło się na niebie. Deszcz ustał. Usłyszałam cichy szmer rzeki. Podniosłam głowę i zobaczyłam piękne czerwone róże, rosnące na ogromnym krzewie. Podeszłam do nich i zerwałam tyle, ile mogłam. Krew wypływała z ran po kolcach, ale nie zwracałam na to uwagi. Ułożyłam dwa bukiety i położyłam je na nagrobkach, zdobiąc trawą i innymi roślinami. Poczułam się lepiej, pewniej. I miałam nowe postanowienie, któego nie mogłam anulować. Nigdy.
Musiałam dowiedzieć się, co sie naprawdę ze mną dzieje.
- Dziękuję... - szepnęłam w stronę nagrobków i posłałam całusa w stronę mojej zmarłęj rodziny. Zawróciłam  i ruszyłam w stronę domu.

~N.~

Nie było jej tam. Zniknęła.
Przeraziłem się. Jeżeli ją starciłem, nigdy sobie tego nie wybaczę. Miałem ochotę wstać i wybić szybę w jej domu. Zaczęłem gorączkowo myśleć.
Siedziałem w krzakach obo furtki całą noc, myśląc o tym, co się stanie, jeśli nie wróci. Ale wróciła. Ociekająca wodą w świetle poranka wyglądała niczym syrena. Włosy przybrały lekko rudawy oddcień, policzki sie zaróżowiły, oczy błyaszczały, jakby zabrały blask gwiazdom. Lekkim truchtem przebiegłą oddcinek od furtki do drzwi wejściowych i straciłem ją z oczu. Ale wiedziałem jedno:
Muszę ją poznać.
Wstałem i poczułem, że telefon w mojej kieszeni wibruje.
- I co? - to znowu Quentin. W nocy dzwoniłem do niego z dziesieć razy, by pomógł mi jej szukać. Ja nie mogłem, nie na ziemi. Nie miałem nawet normalnego lokalizatora.
- Wróciła. - odetchnąłem z ulgą, gdy powiedziałem to na głos.
- Masz szczęście. Wysłałem ci mudurek kujonku.
- Jak mogę ci podziękować?
- Jak będzie po wszytkim postawisz mi drinka. Lecę. Mam nie tylko twoje sprawy na głowie.
- Do zobaczenia.
Rozłączyłem się i ruszyłem w stronę swojego mieszkania.
Rozpoczęcie roku już za tydzień.

-------------------------

W 10 będzie już kolejny N. I szkoła :) Trochę głupio pisać o tym w wakacje, ale cóż.
Ten jest trochę nudny, ale trzeba jakoś budować wasze napiecie :)

piątek, 5 lipca 2013

Przerwa

Jak już pisałam wcześniej - wyjeżdżam na trzytygodniowy obóz harcerski i nie będę tam miała możliwości pisania. Jednak znalazłam osobę, która przez ten czas będzie udostępniać posty w moim imieniu. Pojawią się dwa lub trzy wpisy(zależy, czy dzisiaj uda mi się napisac kolejny, czy nie), jeden w tygodniu. Musiałam pisać posty w przód i dlatego w tym tygodniu się nie pojawiały.
Obiecuję nadrobić zaraz po powrocie, bo mam dużo czasu do następnego wyjazdu.
Dziękuję anonimowej osobie za wysiłek publikowania wpisów w moim imieniu! I<3you!!!

poniedziałek, 1 lipca 2013

~ 8 ~

~C.~
Odetchnęłam z ulgą, gdy stanęłam na białym ganku. W domu, nareszcie. Przeszłam prze próg i wtedy wszystko się zmieniło. Brak tego przyjemnego uczucia, że jest się w znajomym miejscu, zaskoczył mnie i zasmucił, zgasił radość. Poczułam się, jakbym jedynie kogoś odwiedzała. zatrzymywała się gdzieś przejazdem. Rozejrzałam się po oświetlonym letnim słońcem parterze, ale nie zauważyłam niczego, co mogłoby wywołać to dziwne uczucie. Żadnych nowości, zmian, bałąganu. Nawet zapach był ten sam, niczym w salonie kosmetycznym(Patricia używała zdecydowanie za dużo różnych preparatów). Wysprzątane do perfekcji wnętrze wyglądało znajomo, ale patrzyłam na nie inaczej. Zapytałam tatę, czy coś zmieniał, ale on tylko dziwnie się na mnie spojrzał i zaprzeczył. Wysnułam jeden wniosek: coś jest ze mną nie tak, jak powinno.
Wbiegłam po schodach i spojrzałam na swój zagracony pokój. Przestał mi się podobać, zanim jeszcze do niego weszłam. Ciemna, brudna, duszna izba zdziwaczałej nastolatki. Odsłoniłam okno, ale światło ukazało jedynie więcej szczegółów. Otworzyłam je i wpuściłam do środka nieco świeżego powietrza. Po raz pierwszy od ponad pół roku złożyłam kanapę i zobaczyłam kłęby kurzu, które się pod nią kryły. Jęknęłam. Przyniosłam odkurzacz i szybko się zorientowałam aię, że nic nie wskóram, dopóki wszystkie rzeczy nie znikną z podłogi. 
Sprzątanie zajęło mi pół dnia, a i nie zrobiłam wszystkiego. Za każdym razem, gdy w jednym miejscu robiłam porządek, odkrywałam bałagan gdzieś indziej i wpadłam w jakiś trans. W końcu przyszedł tata i powiedział, że mam się natychmiast położyć, bo lekarze kazali mi się nie przemęczać. Ale ja nie chciałam odpoczynku. Miałam wrażenie, że to wszystko mnie przerasta i zaraz się popłaczę, gdy w mojej głowie zabłysnęło światło. Zeszłam na dół i wzroku unikając tay i Patricii ubrałam buty, po czym wybiegłam z domu mając ze sobą jedynie telefon.
Było jedno takie miejsce, tylko moje. Miejsce wypełnione sekretami jak powietrzem, przesiąknięte moimi łzami. Będące moim przyjacielem od czasu rozwodu rodziców. Miejsce, które miało w sobie coś niepowtarzalnego, mistycznego, tajemniczego. Kurshum, czyli kula. 
Przebiegłam wiele ulic, by w końcu znaleźć się w Dulwich Park. Nie zwolniłam, aż moim oczom ukazało się skupisko krzewów leszczyny. Upewniłam się, czy nikt nie patrzy i weszłam prosto w gałęzie, nie zważając na  drewno rysujące zadrapania na moich rękach. W końcu ujrzałam spróchniały pień drzewa i rzuciłam krótkie spojrzenie w dół. Tak, zardzewiała rączka od metalowej klapy nadal tam była. 
Kurshum było czymś w rodzaju schronu, w kształcie idealnej kuli. Były tam ślady po gwoździach i odciski jakby po sprzęcie elektronicznym przyczepionym do ścian. W kilku miejscach znajdowały się małe otowrki, przez które było widać kilka miejsc w całym mieście, jakby ekrany z uktytych kamer. Była tam też lampka z nietypowym, dotykowym włącznikiem i regulacją intensywności światła. Wielokrotnie szukałam informacji, ale ich nie było, lub ktoś usilne chciał je zataić. Nigdy nikogo tam nie spotkałam, nieważne o jakiej porze tam przychodziłam - czy w dzień, kiedy w całym parku było pełno dzieci i palących nastolatków, czy w nocy, gdy na każdym kroku można było spotkać narkomanów i pijaków. Jednak tamtego dnia było inaczej.
Otworzyłam klapę, co było dla mojego zmęczonego ciała ogromnym wysiłkiem. Wskoczyłam do środka i zamarłam. Poczułam pod sobą czyjeś ciało, ktoś wydał cichy okrzyk i natychmiast mnie z siebie zrzucił. 
- Puść! - powiedziałam, gdy nieznajomy chwycił mnie za rękę. Po sile nacisku wywynioskowałam, że to mężczyzna. Jednak on złapał mnie za głowę i zasłonił usta. Zaczęłam się miotać, wymachiwać wolną ręką na wszystkie strony. Kurshum nie było duże, co chwila obijałam się o ściany. Nagle usłyszałąm obrzydliwe chrupnięcie i zorientowałam się, że to jegi nos. Odsunęłam się jak najdalej i patrzyłam, jak po jego twarzy cieknie krew. Czekałam, aż podniesie wzrok i zobaczę jego twarz, ale nie zdążyłam. Spojrzał na mnie, poczym odwrócił się z nadludzką prędkością. Zerwał się jak przestraszone zwierzę i zobaczyłam tylko ciemną czuprynę znikającą w ścianie światła. 
Przez chwilę słyszałam tylko swój nierówny oddech i przyspieszone bicie serca. Jednak po chwili otrząsnęłam się i opadłam na ręce. Kim on był? I dlaczego go tu spotkałam? Nikogo wcześniej nie było, Kurshum miało znakomitą kryjówkę. On musiał coś wiedzieć. Musiał być poniformowany, znać przeznaczenie tego miejsca i jego dokładne położenie. 
Zmieniłam pozycję i poczułam coś między palcami. Chwyciłam to i zbadałam wzrokiem. Był to łańcuszek o nietypowej niebieskiej barwie. Wisiała na nim zwieszka, w tym samym kolorze, ale ciężko było mi opisać jej wygląd. Koło, a w nim wzory, linie odchodzące w różnych kierunkach. Tylko to mi po nim zostało. Ale było jeszcze coś. Dotarło to do mnie dopiero po chwili.
Wspomnienie nienaturalnie niebieskich oczu.

~N.~
To była ona. Nie mam żadnych wątpliwości. 
Przebiegłem chyba z pół miasta, zanim stanąłem pewien, że mnie nie śledzi. Odruchowo dotknąłem szyi i zamarłem. Nie było na niej łańcuszka. Nawet  nie chciałem myśleć o tym, co się stanie, gdy go znajdzie. A także, gdy mnie rozpozna.
Nie mogłem uwierzyć, że chciałem ją skrzywdzić. Nie była jeszcze tak silna, jak ja, mogłem wyrządzić jej krzywdę, a tego bym sobie nie wybaczył. Musiałem sprawdzić, czy wszystko z nią dobrze. 
Ruszyłem w kierunku jej domu. 

-------------------------

Znowu post pojawia się późno, ale w wakacje cały czas mam coś do roboty. Muszę was uprzedzić, że w sobotę wyjeżdżam na trzy tygodnie i nie wiem, czy uda mi sie załatwić, by ktoś udostępnił napisany wcześniej przeze mnie post, dlatego czeka was przerwa! 
A jak się podoba rozdział?

niedziela, 30 czerwca 2013

~ 7 ~

~C.~
Będąc w szpitalu liczyłam każdą miniutę, która pozostała mi do wyjścia. Wtedy uważałam ten okres za  najgorszy w moim życiu. Rano wstawałam i jadłam ohydne śniadanie, nie dające uczucia sytości. Potem albo leżałam w łóżku cały dzień, patrząc się albo na igłę w mojej ręce i powstrzymując odruch wyciągnięcia z ciała tego paskudztwa, albo bezmyślnie wypatrując czegoś ciekawego w białym suficie. Przez pierwszy dzień dużo rozmawiałam z Noelem, ale on bardzo szybko stamtąd wyszedł. Zazdrościłam mu do tego stopnia, że nawet się nie pożegnałam. Miałam wrażenie, że będę tego żałować do końca życia, bo wydał mi się niezywkle sympatyczny, chociaż zadawał zbyt dużo pytań, a dawał za mało odpowiedzi.
Skończyłam wzystkie książki, które ze sobą wzięłam już drugiego dnia, a potem nie miałam ochoty czytać ich jeszcze raz, a byłam zbyt dumna, by prosić tatę o przywiezienie mi z domu więcej. Z nudów próbowałam nawiązać kontakt z kobietami dzielącymi ze mną pokój, ale zazwyczaj tylko zerkały na mnie spode łba i wracały do swoich lektur. Czasem wpadał do mnie tata lub Patricia, ale po zmywali się po kilku minutach, bo nie byłam raczej skora do rozmowy. Raz przyszła spanikowana Grace, którs sprawiła, że śmiałam się choć przez kilka minut. Bardzo się o mnie martwiła, ale wyprowadzono ją stamtąd gdy tylko zwymiotowała na widok krwi. 
Doktor Craven zabierał mnie na różne badania przynajmniej dwa razy dziennie, ale nic go nie zmartwiło, co radowało mnie niezmiernie. Mina mi nieco zrzedła, gdy ostateniego dnia, gdy tata już po mnie przykechałWedług niego miałam a organizmie taką ilość substancji odżywczych, że powinnam co chwilę mdleć. Jednak tak nie było, ale nie zastanawiałam się nad tym.
Wydaje się, że caly czas się czymś zajmowałam, ale w rzeczywistości między jakąkolwiek aktywnością miałam po kilka godzin przerwy, które zazwyczaj przesypiałam. Podczas tego pobytu wiele rzeczy się zmieniło. Przede wszystkim byłam bardziej zmęczona, ale to mógł być wpływ leków, albo tego głodu, który sprawiał, że w nocy skręcałam się z bólu. Miałam wrażenie, że mój wzrok sie pogorszył, a zwłaszcza w świetle słońca, którego ogólnie zaczęłam unikać. W uchu często słyszałam dziwne szumy, ale o żadnej z tych rzeczy nie powiedziałam ani lekarzom, ani pielęgniarkom, ani nawet tacie bo bałam się, że zatrzymają mnie w szpitalu jeszcze dłużej, a nie miałam na to najmniejszej ochoty.

Po raz kolejny pchnęłam obrotowe drzwi i stanęłam na świeżym powietrzu. Miałam wrażenie, że jestem wolna, jakbym po latach wyszłą z jakiegoś więzienia. Nawet obecność taty nie psuła mi nastroju. Rozkoszowałam się promieniami słońca, mimo reakcji moich oczu, i kroplami deszczu splywającymi po mojej twarzy. W przypływie euforii zerwałam z ręki bandaż i odsłoniłam ranę. Wygladała dokładnie tak samo, ale patrzyłam na nią inaczej, z nieskrywaną radością. 
Rozejrzałam się dookoła i przez chwilę zatrzymałam wzrok na postaci stojącej przy ekskluzywnym, czerwonym porsche. Miałam wrażenie, że widzę znajome niebieskie oczy, ale po chwili mężczyzna wsiadł do auta i straciłam go z oczu.
- Claribel, przemokniesz! - spojrzałam na tatę, wymachującego rękoma przy samochodzie. Podeszłam do niego i, ociekająca wodą, wpakowałam się na tylne siedzenie. 

~N.~

Patrzyłem, jak wychodzi ze szpitala. Wydawała się być szczęśliwa. I wolna. Tak bardzo chciałem się poczuć jak ona, znowu normalnie. Ale wiedziałem, że nigdy więcej tak nie będzie, nie dopóki będę przy niej. Ona wszystko zmieniła. 
Dopiero po chwili zorientowałem się, że zatrzymała na mnie wzrok i czym prędzej wsiadłem do auta, by nie zdołała mnie rozpoznać. Jeszcze nie na to czas. 
W kieszeni zabrzęczał mi telefon. To był Quentin. Odebrałem.
- Masz coś? - zapytałem, pomijając wszystkie zbędne szczegóły. 
- Wątpiłeś w moje możliwości? - usłuszałem jego śmiech i odetchnąłem z ulgą. - Od września będzie uczęszczać do Berrabey School. 
- Zapisz mnie tam. Do tej samej klasy. Wiem, że potrafisz. 
- Już się robi.
Rozłączyłem się i patrzyłem, jak jej samochód znika za zakrętem.

-------------------------

Może trochę nudno, ale jeszcze się rozkręca. Zabawa zacznie się, jak pojawi się kolejny kandydat na N. A co myślicie o Noelu? 

czwartek, 27 czerwca 2013

~ 6 ~

~C.~
Poczułam zmianę jeszcze zanim otworzyłam oczy. Zamrugałam kilka razy, by nieco się rozbudzić. Podniosłam się delikatnie. Ból w ręce zniknął, zapewne za sprawą leków. Byłam spokojniejsza, a to też było olbrzymią zmianą w porównaniu z wczorajszym dniem. 
Znajdowałam się w dużej sali, oświetlonej promieniami słońca. W nozdrza uderzył mi intensywny zapach chemikaliów i krwi. Panowała tam bardzo napięta atmosfera. Po mojej lewej stronie stały trzy łóżka, a w nich kobiety, zagłebione każda w swojej własnej książce. Wszystkie były ode mnie przynajmniej pięć lat starsze, i wydawały się być krytycznie nastawione do świata. Spojrzałam w prawo i się zdziwiłam. Leżał tam chłopak, mniej więcej w moim wieku. Patrzył się w sufit. Miałam dziwne wrażenie, że już go widziałam. Miał oliwkową skórę, ciemne włosy i nienaturalnie niebieskie oczy. Spod kołdry wystawała umięsniona ręka, podpięta aktualnie do kroplówki. Wtedy zdałam sobie sprawę, że i w moich nadgarstku tkwi igła, ale nie zareagowałam. Byłam już spokojniejsza.
Do tego chłopaka chyba dotarło, że się na niego gapię, bo obrócił się w moją stronę i z uśmiechem na twarzy powiedział:
- Hej. 
Przez chwilę nie potrafiłam wydusić z siebie ani słowa, ale potrząsnęłam lekko głową i odpowiedziałam:
- Przepraszam... Hej. 
- Jestem Noel. - odruchowo chciał podać mi rękę, ale powstrzymała go igła i tylko się zaśmiał. - A ty?
- Claribel. 
Patrzyliśmy się na siebie przez chwilę i myślałam, że na tym skończyła się nasza konwersacja. Byłabym zadowolona, gdyby to okazało się prawdą, bo widniałam na szarym końcu w jakichkolwiek kontaktach z nieznajomymi, ale Noel wydawał się być mną zafascynowany.
- Dlaczego tu jesteś? - zapytał, unosząc się do pozycji siedzącej.
- Sama nie wiem. - powiedziałam, zwieszając głowę. - Coś dziwnego pojawiło się na mojej ręce, tata spanikował... I już. 
- Hmm... Mogę zobaczyć? - pochylił się nieco w moja stronę. 
- Bandaż. - uśmiechnęłam się, ale jego zachowanie zaczęło mnie niepokoić. - A ty? Co cię tu sprowadza?
- Atak astmy. - zwiesił głowę. - Bywa.
- Och. - trochę mnie zawstydził, nie lubiłam rozmawiać o czyiś chorobach, bo robiło mi się ich żal. - Ile masz..
Chciałam zadać pytanie, ale w tym momencie do pomieszczenia wszedł doktor. Był dość stary, miał może około pięćdziesięciu lat. Siwa czupryna przykrywała cała głowę, tylko w kilku miejscach widać było ciemne włoski. Na oczach miał ogromne okulary, a w ręce trzymał plik kartek.
- Claribel Heatings? - zawołał, a wszystkie kobiety zerknęły na niego przez chwilę, by zaraz wrócić do swoich lektur. Nieśmiało podniosłam rękę. On podszedł do mnie, zasłonił mnie z obu stron sztywnymi kontarami i usiadł na taborecie stojącym obok.
- Dzień dobry. Nazywam się Joseph Craven. Jestem twoim lekarzem. - podał mi rękę, a ja uścisnęłam ją wolną dłonią. Uśmiechnął się. Zdobył moje zaufanie. - Zdaje się, że spotkaliśmy sie wczoraj w tym całym zamieszaniu. 
- Czy jest ze mną bardzo źle? - zapytałam zniecierpliwiona. 
- No cóż... Rana na twojej ręce wygląda strasznie. - skrzywił się lekko, ale potem znów pojawił się na jego twarzy wesoły wyraz. - Jednak wcale nie jest to aż takie poważne. Wczoraj, zaraz po tym, jak zasnełaś, wykonaliśmy dziesiątki badań, by przekonac się, że jesteś całkowicie zdrowa. To... coś na ręce nie wywołało żadnych zmian w ogranizmie. Dla pewności chcieliśmy spróbować to wyciąć, ale wniknęło na tyle głeboko, że ryzyko uszkodzenia mięśni i waznych naczyń krwionośnych jest zbyt duże. 
- Ile tu zostanę? - zapytałam. Jego wywód uspokoił mnie i zaniepokoił jednocześnie, bo nadal nie miałam pojęcia, dlaczego ta rana pojawiła się na mojej ręce.
- Pięć dni. - odpowiedział szybko. - Lub dłużej, jeśli coś się zmieni.
Zaczął wertować kartki i myślałam, że o mnie zapomniał, ale po chwili znów podniósł wzrok i zapytał niezwykle poważnym tonem:
- Kochana, jak dużo jesz? 
To pytanie całkowicie mnie zaskoczyło, ale postanowiłam na nie odpowiedzieć. Przypomniał mi sie poprzedni poranek i ten straszny głód... który właśnie w tamtej chwili wrócił ze zdwojoną siłą. Ledwo udało mi się opanować zgięcie w pół z bólu, bo bałam się, że doktor Craven zechce mnie zatrzymać tu na dłużej, gdy zobaczy, co się dzieje.
- Całkiem dużo. - odpowiedziałam w miarę normalnie, zaciskając zębt.
- Tak też odpowiedzieli twoi rodzice. - doktor pokiwał głową.
- Rodzic. - poprawiłam go. Nie chciałam, by ktokolwiek uważał Patricię za moją matkę.
- Jak wolisz. - spojrzał na mnie dziwnie, po czym kotynuował myśl. - Jednak kilka badań dało takie wyniki, jakbyś nie jadła przez tydzień. Jest to jedyna rzecz, która nas niepokoi, ale chyba czujesz się dobrze, prawda?
- Tak. - pokiwałam głową w desperacji. Chciałam, by już zamknął temat, zanim się wyda, co czuję.
- W takim razie termin wypuszczenia cię nie zostanie zmieniony, jedynie zlecimy ci częste badania. - zebrał kartki i podniósł się. - Do zobaczenia wieczorem, przyjdę, by obejrzeć rękę.
Pokiwałam głową, a on szybko odsunął zasłony i wyszedł.
Spojrzałam na Noela, ale on nawet mnie nie zauważył, tylko wydawał się być zafascynowany. Nie wiem dlaczego miałam wrażenie, że podsłuchał całą rozmowę. Tylko dlaczego?

~N.~

Nie odkryli tego. Wiedziałem to na pewno. Gdyby tak było nie puściliby jej tak szybko. Czyli na razie była bezpieczna. Mimo wszystko postanowiłem być przy niej, gdy będzie przezto przechodzić. Nawet jeżeli nie mogłem jej w jakikolwiek sposób pomóc, dopóki mi nie zaufa. 
Wybrałem w telefonie numer Quentina. Już wiedziałem, co muszę zrobić.

--------------------------

Jak się podoba rozdział 6? Zaczynam się rozkręcać. Tylko nie myślcie, że sprawa N. będzie taka prosta :)

środa, 26 czerwca 2013

~ 5 ~

~C.~
Otworzyłam oczy, ale ostre swiatło zmusiło mnie do natychmiastowego ich zamknięcia. Chciałam ruszyć ręką, by zasłonić twarz, ale poczułam, że coś ją przytrzymuje. Tylko nie to, pomyślałam. Powstrzymałam dreszcze. Spróbowałam otworzyć oczy po raz kolejny. Było trudno, ale po kilku sekundach jedyną przeszkodą było kilka łez. 
Znajdowałam się w niezbyt dużej sali, oświetlonej licznymi lampami. Kątem oka spostrzegłam trzy inne łóżka po mojej lewej stronie, jeszcze jedno po prawej. Na każdym ktoś leżał, jednak wszyscy poza mną spali. Naprzeciwko było duże okno, które zdradziło mi, że już noc. Tuż obok stała mała szafka, a na niej szklanka wody i trzy strzykawki wypełnione przezroczystymi płynami. Nad nią wisiała kartka z moim imieniem. Przeraziłam się tym, że będą mi to wstrzykiwać. Zauważyłam jeszcze stojak z woreczkiem. Podążyłam wzrokiem za rurką do niego przyczepioną i zobaczyłam moją rękę. Okropnie wielka igła wbita była dokładnie w środek mojego nadgarstka, przymocowanego paskiem do metalowej ramy łóżka. Chciałam także zobaczyć straszną ranę, ale była zabandażowana. 
Poczułam zapach chemikaliów zmieszanych z krwią. Ogranęłam mnie panika, oddech przyspieszył. Dotarło do mnie, że muszę stamtąd jak najszybciej wyjść, bo albo dostanę ataku paniki, albo zwymiotuję. Podniosłam rękę, która była oswobodzona i odpięłam pasek. Zamknęłam oczy i wyciągnęłam igłę. Poczułam, jak krew spływa mi po dłoni, ale nic z tym nie zrobiłam. Wstałam z tego łóżka i upewniłam się, że wszyscy dookoła śpią. Miałam szczęście, właśnie tak było. Podeszłam do drzwi i ostrożnie wyjrzałam na korytarz. Było pusto. Na chwilę pojawiły się we mnie wątpliwości, ale byłam zdeterminowana się stamtąd wydostać i wyszłam za drzwi. Byłam kompletnie zdezorientowana, nie wiedziałam, dokąd iść, więc poszłam przed siebie. Biegiem. 
Nagle z jednej z sal wyszedł lekarz. Złapał mnie za rękę i zatrzymał. Odruchowo zaczęłam się wierzgać, chciałam uciekać dalej. Jednak spojrzałam w jego oczy i przestałam.
- Dlaczego biegniesz? - zapytał, bez emocji. Był młody. Miał ciemne włosy i oczy w niezwykle intensywnym odcieniu błękitu. 
- Chcę wyjść. - powiedziałam, czując, że zaraz się rozpłaczę. 
- Każdy chce. Usiądź. - ostrożnie posadził mnie przy ścianie, jakby oczekiwał, że zaraz zacznę wrzeszczeć. A byłam tego bliska. Igły i strzykawki wyprowadziły mnie z równowagi, przez ciągłe dreszcze i zdenerwowane głosy byłam rozstrojona, ale ten mężczyzna zdołał mnie uspokoić i byłam mu za to wdzięczna.  Zbadał mnie wzrokiem po raz kolejny i zawołał - Pielęgniarka proszona do korytarzu czwartego!
Przez chwilę tkwiliśmy w ciszy, aż w zasięgu wzroku pojawiła sie młoda dziewczyna z papierami w ręku. Podeszła do doktora, a ten szepnął jej coś na ucho. Spojrzała na mnie, po czym zapytała:
- Jak masz na imie?
- Claribel. Heatings. - powiedziałam, powstrzymując płacz. 
Przewertowała kartki, które trzymała w ręku, po czym spojrzała na doktora po raz kolejny i powiedziała:
- Sala numer szesnaście. - po czym pobiegła tam, skąd przyszła.
Doktor ostrożnie mnie podniósł i na rękach zaniósł do mojej sali, gdzie delikatnie ułożył w łóżku.Wzdrygnęłam się., gdy przecierał gazą krew, która wcześniej wypłynęła z rany po kroplówce. Jednak prawdziwy strach mnie przeleciał, gdy podniósł jedną ze strzykawek. Podniosłam się, ale on za powrót kazał mi się położyć i zamknąć oczy. Każdy nerw w moim ciele był wrażliwszy niż zazwyczaj, więc gdy wbił igłę poczułam to dwa razy mocniej. Minutę później nie miało to już znaczenia, gdyż zasnęłam. Choć tego nie chiałam.

~N.~

Patrzyłem, jak zamyka oczy i usypia. Nie byłem dumny z tego, co zrobiłem, ale nie znałem innego sposobu na potwierdzenie mojej teorii. Gdy jej klatka piersiowa zaczęła unosić się regularnie, a mięśnie rozluźniły, podeszłem ostrożnie i zacząłem odwijać bandaż, jednak nie spuszczając jej twarzy z oczu, na wypadek gdyby się obudziła. Była piękna. Ciemne, długie włosy rozsypały się po całej poduszce, okalając jej cerę brązową aureolą. Miała długie, ciemne rzęsy i pełne, malinowe usta. W świetle lamp była nienaturalnie blada, ale i to mi imponowało.
Odwróciłem wzrok od tego cudu, jakim dla mnie była i spojrzałem na jej rękę. Nie myliłem się. Nie wiedziałem tylko, czy mam się cieszyć, czy płakać.
Wbiłem w jej dłoń igłę od kroplówki, po czym wycofałem się na korytarz. Tuż przed wyjściem spojrzałem na nią jeszcze raz. I nie mogłem uwierzyć, że naprawdę ją widzę.

-------------------------

Mam teraz pełno pomysłów, więc może nawet będę pisać codziennie. Jak się podoba piątka? W następnych rozdziałach będziecie mieli okazję by odgadnąć, kim jest N. 

wtorek, 25 czerwca 2013

~ 4 ~

~C.~
Nagle zrobiło mi się słabo i niedobrze. Przełknęłam żółć, któa momentalnie pojawiła się w moich ustach. Spojrzałam jeszcze raz.
Cały tył ramienia był czerwony i obrzydliwie spuchnięty. Skóra była pokryta bąblami niczym po oparzeniu, miejscami martwy naskórek aż sypał się ze mnie. Gdzieniegdzie widniały ślady wypływającej krwi, dopiero co zakrzepniętej. Całość była pokryta gęstą ropą. Dopiero wtedy poczułam silny ból i pieczenie, przechodzące w odrętwienie. 
- Mój Boże... - nogi ugięły się pode mną jakby były z waty. Pokój zawirował. Poczułam, że lecę do przodu, ale oparłam się ręką o ścianę, zanim tata mnie złapał. Ostrożnie, walcząc mdłościami podeszłam do kanapy i powoli się na niej położyłam, po czym złapałam się za głowę i wytężyłam myślenie. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć?
- Idę obudzić Patricię. - powiedział tata, wbiegając po schodach. Jego słowa ledwo do mnie dotarły. 
Po kilku minutach zjawili się oboje, spięci do granic możliwości. Usiedli obok mnie i spokojnie oglądali moją rękę, nawet jej nie dotykając. Po chwili tata pobiegł zająć się płaczącą Kim, która obudziła się na skutek całego zamieszania. Patricia zaczęła wykręcać moją rękę na wszystkie strony, badając każdy jej fragment. Po chwili była tak spanikowana, że już wyjmowała telefon, by dzwonić na pogotowie. Gdy zjawił się tata z dzieckiem na rękach zaczął ją uspokajać, a mnie rozkazał leżeć i najlepiej się nie ruszać. Posadził Kim na fotelu i prędko wybiegł z pokoju po apteczkę. Następnie razem z Patricią nakładali na mnie masę kremów i kilka warstw bandaży, a ja walczyłam z dreszczami, które pojawiały się przy każdym dotyku.
 Rozpoczęła się poważna dyskusja, w którą ja nie byłam włączona nawet w najmniejszym stopniu. Po pierwszym szoku, jakiego doświadczyłam, zdążyłam już nieco otrzeźwieć, myślałam jaśniej. Zaczęłam rozważać kilka opcji - co mogło się stać? Ugryzienie owada? Infekcja? Choroba? Dawniej, gdy coś było nie tak, mój organizm radził sobie sam, hartował się. Miałam jedynie ogromną nadzieję, że to nic poważnego i szybko wydobrzeję. Myliłam się.
Wykorzystując nieuwagę dorosłych wymknęłam się do kuchni i podjęłam kolejną rozpaczliwą próbę zaspokojenia głodu, ale jabłko, a także szklanka soku nie przyniosły żadnego efektu. Westchnęłam i postanowiłam wrócić do swojego pokoju, przespać się chwilę. Położyłam się i choć próbowałam odrzucać myśli o ręce, to ból dawał o sobie znać coraz bardziej, tak samo jak wszystko dookoła. Drobne plamki krwi na pościeli, skurcze brzucha, wirowanir obrazu przed oczami. Czułam, że zaraz wybuchnę.
Usłyszałam pukanie do drzwi, ale nie pokwapiłam się, by otworzyć, więc tata sam się obsłużył i wszedł do pokoju. Rozejrzał się nerwowo i powiedział:
- Zabieramy cię do szpitala.
- Co? Nie! - podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na niego ze złością. - Nigdy w życiu!
- Clare, uspokój się. - przykucnął. - Oddychaj. Nie mamy pojęcia, co ci się stało. To może być coś poważnego, choroba, infekcja. Wszystko, rozumiesz? Nie chcę cię zmuszać, ale tym razem to konieczne.
- Ja tam zwariuję! - przestałam kontrolować emocje. - Te igły...
- Nikt cię tam nie skrzywdzi, dobrze? Daję ci piętnaście minut. Ubierz się, spakuj rzeczy, których będziesz potrzebować, jeśli trzeba będzie zostać. Jesli nie, to będzie jedyny raz, kiedy siłą zaciągnę cię do samochodu.
Nie odpowiedziałam, więc on wstał. Wyszedł, drzwi trzasnęły, a ja opadłam na łóżko. Wiedziałam, ze ma rację, i nienawidziłam tego. Z frustracją poszłam do łazienki. Wzięłam gorący prysznic na uspokojenie, bez skutku. Ubrałam się w pierwsze lepsze rzeczy, potem kilka ubrań wrzuciłam do torby bez żadnej segregacji. To samo zrobiłam z kosmetykami. Z biblioteczki taty wyjęłam książkę, która wpadła mi w ręce i schowałam ją, nawet nie prosząc o pozwolenie, bo kto myśli w takich momentach o pożyczaniu książek? Schodząc na dół usilnie starałam się opanować drżenie rąk, które pojawiło się w  wyniku okropnego stresu.
Pierwszym, co zobaczyłam, była Kim siedząca na schodach, kiwająca się w przód i w tył ze zmęczenia. Potem w polu widzenia pojawiła się Patricia, wystrojona niczym na bal, jak zawsze. Usłyszałam, jak tata woła nas z garażu. Miałam już iść w jego stronę, gdy zatrzymała mnie Patricia:
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. - z jej oczu wyczytałam, że jest jeszcze bardziej zdenerwowana ode mnie. Nie chciałam jednak, by zanadto się ze mną zżywała, poza tym zaczęła mnie już irytować. Gdzieś głęboko zadałam sobie po raz kolejny pytanie - za co jej tak nie lubię? Znałam odpowiedź, odkąd tata mnie dla niej zostawił.
- Obchodzi cię to? - nawet na nią nie spojrzałam, tylko wsiadłam do samochodu.
Jechaliśmy krótko, bo o takiej godzinie ulice były niemal puste. Gdzieś za zasłoną szarych chmur wstawało słońce. Nie padało, co możnaby nazwać cudem. Rzedła mlecznobiała mgła, na moich oczach zapaliły się uliczne lampy. Miałam wrażenie, że mój wzrok się wysotrzył, widziałam więcej szczegółów, co mnie zachwycało, widziałam wszytko na nowo. Dzień się zaczynał, ale ja chciałam, by znów była noc. Pragnęłąm uciec od tego początku, bo coś podpowiadało mi, że wszystko się zmieni.
Ból znów się wzmógł. Poprosiłam tatę o tabletki przeciwbólowe, bo nie mogłam już wytrzymać, łzy cisnęły mi się do oczu, ale on odmówił podania mi czegokolwiek przed wizytą u lekarza. Westchnęłam, nie chciałam się kłócić.
Samochód zatrzymał się przed samym wejściem. Mimo tak wczesnej godziny szpital był chyba najbardziej obleganym miejscem w całym mieście. Dookoła stało sporo samochodów, a przez obrotowe drzwi co chwilę ktoś przechodził. Zasmuciło mnie to nieco, bo to przecież najgorsze miejsce, w jakim można się znaleźć.
Weszliśmy do środka. Tata podszedł do zaspanej recepcjonistki i przedstawił jej sytację, a ona bez entuzjazmu zaprowadziła nas do jakiegoś gabinetu, nawet nie wiedziałam, jakiego lekarza. Jednak miałam wrażenie, że nim mniej wiem, tym lepiej dla mnie.
Mężczyzna w średnim wieku, do którego nas przyprowadzono, był równie zaskoczony jak my. Zaczął od położenia mnie na kozetce, potem dokładnie zbadał moją rękę, potem wykonał wszelkie możliwe badania, do jakich był zdolny, ale na nic. Długo milczał, po czym poszedł z nami do innego lekarza, ale i on nie mógł nic zrobić. Latałam od pomieszczenia do pomieszczenia, dotykana przez dziesiątki par rąk, a dreszcze uznawali za kolejne oznaki choroby. Starałam się oddychać, nie panikować, tłumaczyłam sobie, że zaraz wszystko się wyjaśni, ale z każdą sekundą gorzej mi się oddychało, bałam się, że zaraz stracę przytomność albo zwymiotuję i trafię na salę operacyjną. Niestety, było gorzej.
W pewnej chwili wszyscy się rozeszli. Nawet tata i Patricia wyszli. Zostałam tylko ja i pielęgniarka. Milczałyśmy, ale widziałam na jej twarzy troskę. Zrozumiałam, gdy inne kobiety weszły do pokoju, ubrały mnie w szpitalne ubranie i kazały położyć się w łóżku na kółkach. Wmawiałam sobie, że jest dobrze, ale serce waliło mi jak młot. Wbiły mi igłę od kroplówki w rękę, ale nie chciałam nawet myśleć o tym, co płynie przezroczystą rurką.
Otworzyły się drzwi. Jedyne co zobaczyłam, był napis "Oddział Intensywnej Terapii" i twarz taty gdzieś za mną, po czym usnęłam.

------------------------

No i czwóreczka za mną! Chyba trochę się pospieszyłam, miało być trochę później, ale nie mogłam przepuścić pomysłu! Zachęcam do krytykowania :)
Zapraszam na blog o niespełnoprawnej Hani --> http://moje-inne-zycie.blogspot.com/
Okażcie serce!